Szerszenie: strona główna Pętla Beskidzka
Istebna 2008

28.06.2008

Pot, ból i łzy,
a to Pętla Beskidzka właśnie

Tym maratonem straszyć się powinno niegrzeczne dzieci. Skoro ja, kobieta w słusznym wieku, nadal czuję przed nim respekt, i to po tym jak szczęśliwie dotarłam do mety, nietrudno sobie wyobrazić, co myślałam o nim zanim przyjechałam do Istebnej. I co nadal myślę! Pętla Beskidzka nie śni mi się wprawdzie po nocach, ale Ochodzita, Przełęcz Kocierska, Targanicka, Salmopol czy Kubalonka stały się dla mnie z dniem 28 czerwca Roku Pańskiego 2008 synonimem bólu, potu, łez i roweru, w którym zdecydowanie brakuje przełożeń.

Po powrocie z Istebnej spodziewałam się, że pierwszymi słowami, jakie usłyszę od Szerszenia Grzesia będą: 'a nie mówiłem?'. No, mówił, mówił, namawiał żeby kastę na góry zmienić. A ja się opierałam, niczym dziewica Orleańska. Nie uległam!

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Niby nie takie straszne te Beskidy, ale 50 metrów udało mi się przejść na piechotę. Wcale nie z palącej potrzeby podziwiania pięknych widoków. Buty miałam jednak dość niewygodne, mało przypominające trapery. Tak jak z trudem udało mi się wypiąć (tylko dzięki uprzejmości jednego z kolarzy, który potem gdzieś majaczył daleko przede mną, a tak bardzo chciałam zapamiętać jego numer startowy, żeby mu niniejszym podziękować…), tak teraz z jeszcze większym trudem wpięłam się w pedały i zygzakiem wprawdzie, ale dotarłam na szczyt wzniesienia (wzniesienia?! To był Mount Blanc! Mount Everest! Przełęcz Targanicka, Kocierska oraz U Poloka razem wzięte!!).

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Drugi raz nie dałam się podejść. Choć piesi byli zdecydowanie szybsi ode mnie, patrząc na przednią oponkę i powtarzając rytmicznie: 'raz, dwa, raz, dwa', żeby nie rozpraszać się myśleniem o istnieniu (bądź nieistnieniu) życia po śmierci czy też chociaż jakiegoś nieba dla kolarzy-amatorów, którzy zeszli na trasie Pętli Beskidzkiej, wspinałam się na te trudne, wymagające, ale jakże urokliwe górki (co ja gadam! Na te wielkie, niekończące się, sięgające nieba górzyska!!). Nie zraził mnie nawet komentarz rzucony przez hardo maszerującego górala: 'A ty, %$#@^%$, kręć, kręć, bo ci odjechali!'. No, odjechali, %$#^@&*#, odjechali… Tys prowda! :)

Powszechnie uważa się, że Istebna to najtrudniejsza impreza całego cyklu Pucharu Polski w maratonach szosowych. Potwierdzał to każdy, komu udało się dotrzeć do mety. Nie miałam wprawdzie okazji jeszcze się o tym przekonać, ale na drugim miejscu po Istebnej co wytrwalsi i bardziej zaprawieni w bojach maratończycy stawiają Klasyk Kłodzki.

O skali trudności trasy w Beskidach decydują naprawdę strome podjazdy, z trudem pokonywane przez samochody (znaki ostrzegawcze spotykaliśmy niemal przed każdym podjazdem) i suma przewyższeń, sięgająca na najdłuższej, liczącej 225 km pętli – 4100 metrów. Mnie się udało pokonać 150 km z 2700 km przewyższeń i na więcej nawet Szerszeniowi Markowi nie dałam się namówić. Tym bardziej, że również ci, którzy pokonali małą pętlę opowiadali o gehennie, którą przeszli (lub przejechali – w zależności od umiejętności, sprawności, techniki, wytrzymałości, ilości przełożeń w rowerze, odporności psychicznej itd.).

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Dziwnym i przekornym prawem ludzkiej natury Pętla Beskidzka gromadzi śmiałków, którzy dostali wprawdzie w kość, wypluli płuca, naklęli się tyle, co nigdy w życiu, ale wciąż chcą wracać na beskidzkie rowerowe szlaki. Niemal każdy, kto dotarł do mety mówił do siebie, krzyczał do rodziny lub jedynie myślał: 'nigdy więcej!!', by chwilę później umawiać się na przyszły rok, z radością dzielić wrażeniami lub kilka dni później dyskutować na forum dla maratończyków-szosowców o propozycjach trasy w 2009 roku.

Sama miałam okazję przekonać się, że od tego, kogo 'ujechałam', komu 'dołożyłam' 2, 5 czy 10 minut (nie wspominając o ponad setce tych przede mną, których pleców nawet nie zdążyłam zobaczyć na trasie, a widziałam je jedynie przez ułamek sekundy przed startem i ziuuuu... już ich nie było :)) zdecydowanie ważniejsze jest to, że przez niemal 7 godzin pokonywałam własne słabości, obawę przed wspinaczką na stromizny i lęk przed karkołomnymi zjazdami z ledwie hamowaną prędkością 60 km/h. Przez 150 km toczyłam samotny bój ze zbyt krótkim oddechem, kondycyjnymi brakami, kolarskim niewyrobieniem, słabą techniką, niedostatecznym doświadczeniem i tym diabełkiem, który skakał mi po głowie, by za chwilę tańczyć po kierownicy albo czepiać się obolałych łydek wyśpiewując na głos falsetem: 'nie dasz rady! nie dasz rady! ja wiedziałem, że tak będzie!'. Strącisz takiego w przepaść, strząśniesz z ramion, to i tak, pękając ze śmiechu wyłoni się za następnym trudnym wzniesieniem czy ostrym zakrętem.

Najlepiej w takim momencie przypomnieć sobie wszystkie martyrologiczne pieśni w rodzaju: 'na drzwiach ponieśli', 'róża czerwona, biało kwitnie bez', 'ruszamy w bój, żeby Baśkę uwolnić od zbója, Tatarzyn zbój, okrutny zbój nie podskoczy nam nigdy do… tra la la' albo ostatecznie 'do domu wrócimy, w piecu napalimy, nakarmimy psa'. Kolejność zwrotek a nawet samych strof nie jest istotna. Można nawet przemieszać pieśni. Ważne by zagłuszyć piskliwy śmiech upierdliwego wysłannika piekieł systematycznie podważającego nasze przekonanie o tym, że uda się wreszcie dotrzeć do mety.

Wbrew moim obawom oraz ostrzeżeniom organizatorów drogi jedynie odcinkami były naprawdę fatalne: około 150 metrów bruku, który zebrał żniwo w postaci bidonów i torebek podsiodłowych; dziurawa trasa za  Przełęczą U Poloka, gdzie niewielki był sens omijania dziur, ponieważ zasadniczo droga składała się tylko z nich właśnie. Najlepszy dowód, że kilka kilometrów dalej w dość regularnych odstępach spotykało się kucających na poboczu kolarzy, którzy w pośpiechu zmieniali przebite dętki.

Poza tym stan nawierzchni ocenić należy jako znośny, choć trafiały się też wielokilometrowe 'odcinki specjalne dla wybrańca, którym możesz się przez chwilę poczuć'. Miód-malina, co to był za gładziutki asfalcik :) Długie serpentyny zjazdów były w gruncie rzeczy, jeśli tylko oddało się władzę rowerowi i sile odśrodkowej, najlepszą nagrodą za ciągnący się w nieskończoność trud wspinaczki.

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Poczucie wolności, pędu i satysfakcji szybko ustępowało jednak miejsca całkiem słusznemu przerażeniu, gdy opór postawiła choćby Kubalonka. Już u stóp wzniesienia zmusiła mnie do radykalnej redukcji przełożenia, bez możliwości kalkulowania 'co będzie dalej?'. Jak słusznie zauważył Acerola – manetki można było urwać od rozpaczliwych prób redukowania biegu, choć i tak jechało się już na najniższym. Dalej nie było już nic… Pustka, dno.. Od spodu puka już tylko Frytka…

Przerażenie, ból w kolanach, kłucie w klatce piersiowej (stan przedzawałowy jak nic!), cieknący nos, pot zalewający oczy i skurcze w łydkach płoszone stanowczym 'a kysz!' (dziwne, ale pomagało) – taki obraz nędzy i rozpaczy, będący moją najwierniejszą tego dnia podobizną zarejestrować mógł postronny obserwator. Na tym ostatnim odcinku już nawet diabełkowi nie chciało się śpiewać. Szedł smętny, powłócząc nogami obok roweru i niemal w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. A ja tylko: 'raz, dwa, raz, dwa' albo: 'trzy minuty na stojąco'. Jak się miało okazać, były to chińskie trzy minuty, ponieważ ciągnęły się miejscami w nieskończoność.

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Wreszcie, wraz z napisem na asfalcie: '5 km' pojawiła się jakaś nutka nadziei i optymizmu. Poczułam się, jakbym dostała skrzydeł! Jakże złudne było to wrażenie. Jakże krótki miał to być zryw! No, 'na drzwiach ponieśli…'. Chwilę później teren nagle, jak na zawołanie się pofałdował, wypiętrzył, pogórzył, powznosił i tak miało zostać już do końca. Najdłuższe 5 km w moim życiu i bardzo chcę spotkać fotografa, który na RZEKOMO 3 km robił nam zdjęcia, pocieszając, że 'jeszcze TYLKO 3 km i fajrant'! Jak to były 3 km to ja jestem chińskie trzy minuty!!!

Nie skomentuję też tego złośliwego podjazdu na Ochodzitą, tych mijających mnie, zjeżdżających z góry kolarzy, którzy wołali: 'już niedaleko', tego wrednego napisu na asfalcie: '1 km', ani sarkastycznego: '500 m'… Równie dobrze można było napisać: 'do mety jeszcze daleko' albo po prostu: 'koza popuściła', choć akuratnie koza jest szerszeniowym znakiem zastrzeżonym.

Kiedy zobaczyłam na szczycie wzniesienia moją mamę z aparatem fotograficznym w dłoni, byłam przekonana, że to pustynna fatamorgana (swoją drogą kim był ten Morgan?) albo już nie żyję i jestem w niebie a zastęp aniołów śpiewa 'anielski orszak niech twą duszę przyjmie' (biednego diabełka najwyraźniej nie wpuścili).

Po przekroczeniu mety ktoś z obsługi krzyknął za mną: 'sześć godzin cośtam', a ja przed sobą widziałam już tylko najcudowniejszy w życiu widok: Szerszenia Stasia, który jak na filmach o miłości zmierzał do mnie w zwolnionym tempie z wyciągniętą dłonią, w której triumfalnie wznosił plastikowy kubek pełen złocistego, spienionego płynu. Gwoli ścisłości – wcale nie chodzi o 'oddawanie do analizy'! Jak pisałam – scena była z filmu o miłości, a nie tragikomedii. Dossałam się do tej życiodajnej kroplówki jak kania do dżdżu, czy jakoś tak, w każdym razie co najmniej zachłannie. O, błogosławiona mocy i nadziejo zawarta w chmielu…

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Skoro zaspokoiłam pragnienie czas pokusić się o krótki acz rzeczowy bilansik. Co mnie ujęło w Pętli Beskidzkiej?

Trasa: trudna, wymagająca, gruntownie testująca umiejętności i możliwości, ucząca pokory, wyłapująca wszelkie, najmniejsze nawet błędy jakie – świadomie czy nieświadomie – się popełni. Widoki przecudnej urody, podjazdy, na których chce się płakać i śmiać jednocześnie, zjazdy, w których można się rozsmakować i później, w Górach Kocich, czuć ich niedosyt, ssący głód, a nawet boleśnie za nimi tęsknić.

Ludzie: maratończycy, których znam i z którymi utrzymuję kontakt to jedyne w swoim rodzaju 'kreatury' – pogodne, dowcipne, bywa, że złośliwie czy sarkastycznie dowcipne, odważne, ambitne, zdeterminowane, waleczne, przyjazne, kontaktowe, otwarte, życzliwe i wielkiego serca. Mają oczywiście swoje wady, ale na trasie raczej skrzętnie je ukrywają. Nie ma mowy o animozjach czy zazdrości. Zawsze liczyć możesz na przyjazne słowo, batonik, bidon, czekoladkę, wsparcie, dętkę – czegokolwiek będziesz akurat potrzebować, a będą mogli się podzielić, żałować nie będą na pewno. Ci, których znam, których chcę znać ;) 

Samotność: tylko tu człowiek ma okazję pobyć sam ze sobą i solidnie rozprawić się z własnymi słabościami. Niewiele pomaga wożenie się na kole, bo jeśli ten przede mną potrafi na podjeździe utrzymać tempo 13 km/h a ja jedynie 8 km/h, wiele razem nie zdziałamy. Tutaj naprawdę człowiek zdany jest tylko na siebie, swoje umiejętności, determinację, przygotowanie kondycyjne i techniczne.

Było też kilka, jak określił to Rebe, łyżek dziegciu, jakie do tej beczki miodu z czystym sumieniem można dorzucić. Absolutnym nieporozumieniem było dla mnie ciąganie ludzi z powodu startu, mety czy zakończenia maratonu po całej Istebnej. Moim zdaniem wszystko powinno odbyć się jednym miejscu, będącym dla maratończyków i towarzyszących im rodzin punktem odniesienia. Organizacja zakończenia w zasadzie pod Istebną, gdzie można było dotrzeć tylko samochodem sprawiła, że większość uczestników przyjechała tuż przed godziną, na którą wyznaczono dekorację oraz losowanie nagród (przy okazji gratuluję szczęśliwemu posiadaczowi karbonowego Authora! :)). Zaraz po uroczystości sznur samochodów wrócił do miasta, a w knajpie zostali chyba tylko miejscowi, szczęśliwi, że się wreszcie stamtąd wynieśliśmy.

Trofea wręczane zdobywcom najwyższych miejsc w swoich kategoriach są moim zdaniem 'swojskie i akuratne', wszak to góry. Ważne, że ładnie prezentują się na półeczce i odróżniają od innych swoją oryginalnością ;) Szkoda, że dyplomów z wpisanym czasem ukończenia maratonu nie otrzymali wszyscy, a tylko 'wybrani' uczestnicy. No i że zabrakło medali dla największych Gigantów tego maratonu. Niemniej jednak organizator obiecał, że nadrobi zaległości i nie ma powodu by nie wierzyć jego zapewnieniom.

Niekoniecznie dobrym pomysłem jest łączenie kategorii rowerów. Szosowcy konkurujący z góralami, tudzież górale z szosowcami? Hmm... Być może się nie znam i w górach nie ma to większego znaczenia? Niemniej jednak nie bardzo udany to, po mojemu, mariaż.

Trochę przykro zrobiło mi się, kiedy na drugim bufecie po spożyciu arbuza prosiłam o odrobinę wody do opłukania palców. Usłyszałam, że woda jest do picia, a nie mycia rąk, ale ostatecznie zrobiłam awanturę, zabiłam wszystkich na literę 'P' i dostałam co chciałam. Wody zabrakło też na mecie. Bufet przeznaczony był tylko dla tych, którzy jechali kolejną pętlę, ale organizatorzy zapomnieli, że wielu maratończyków nie wzięło z sobą pieniędzy, by zaopatrzyć się w napoje w pobliskiej, dość drogiej karczmie. Pragnienie solidnie dokuczało tak samo kończącym przejazd, jak i ruszającym na trasę Giga. Nie każdy był w tej szczęśliwej sytuacji, że witał go na mecie Stasiu z zimnym piwem.

To jednak dopiero druga edycja tego maratonu, no i pierwsza pod nowym kierownictwem. Wszyscy są więc zgodni, że szansę dać trzeba, tym bardziej, że wygląda na to, iż organizator Pętli Beskidzkiej uczy się na błędach i chętnie korzysta z życzliwych rad oraz pomocy. Gdyby nie tych kilka niedociągnięć nie byłoby na co narzekać, a to przecież takie nasze - polskie i swojskie.

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Ogromny plus należy się organizatorom za oznakowanie trasy, które nie budziło żadnych, najmniejszych nawet wątpliwości, za wyraźne ostrzeżenia przed niebezpiecznymi odcinkami, za pana, który stał jakieś 100 m przed wyłożoną brukiem jezdnią i krzyczał, żeby uważać, bo za chwilę będzie niebezpieczna kostka. Start wspólny trudno mi obiektywnie ocenić, choć z pewnością w maratonach było to swoiste, bardzo atrakcyjne novum. Wielu osobom się podobał, jako bardziej sprawiedliwy od ustawionych grup. Cieszyłam się, że kobiety startowały na końcu, ominęło nas przepychanie się, tłok, ryzyko upadku. Zresztą z tego co wiem nikomu przez tych kilka pierwszych kilometrów nic się nie stało, a na całej trasie był chyba tylko jeden przykry w skutkach wypadek. Poszkodowanego odwieziono do szpitala, opatrzono i wypuszczono do domu. Potłukł się również nasz Szerszeń Waldek i nie ukończył wyścigu. Największym jednak pechowcem był Szerszeń Robert, który złapał na tyle poważny defekt, że nie mógł kontynuować jazdy.

Szerszenie: Pętla Beskidzka Istebna 2008

Podsumowując oceniam więc Pętlę Beskidzką bardzo wysoko. Gdyby nie patriotyzm lokalny przyznałabym jej w moim prywatnym rankingu maratonów I miejsce (musi się zadowolić II, zaraz za Żądłem ;)) - za ogrom wrażeń i emocji, przepiękną, ale wymagającą trasę, której pokonanie dostarczało tak wiele satysfakcji, no i za najbardziej honorowe miejsce na pudle. Fajnie, co nie? ;)
greten
 

Wyniki Szerszeni: Pętla Beskidzka 2008

imię

dystans

kategoria

rower

miejsce

Zbyszek

86

M4

szosa

17

Boguś

86

M5

szosa (karbonowa nówka Felta, nieśmigana, ale jedynie połowicznie ochrzczona :))

3

Lojziu

86

M6

szosa

4

Zenek

150

M5

inny

6

Andrzej

150

M4

szosa

14

Stasiu

150

M5

szosa

10

Małgośka

150

K3

szosa

1

Jacek

225

M3

szosa

3

Marek

225

M5

inny

5