Szerszenie: strona główna IV Łobeski Maraton Rowerowy
im. E. Gostomczyka

19.07.2008

Dwa czarne koty czyli Mistrzostwa Polski w maratonach szosowych 'Łobez 2008'

Tradycyjnie piątek to czas wyjazdu na kolejny maraton. Tym razem w randze Mistrzostw Polski. Więc Grzesiu, Jacek i piszący te słowa pakujemy manatki, układamy rowery i dzięki uprzejmości Grzesia z Oleśnicy, wyruszamy do Łobza. 

Na miejsce docieramy w trakcie trwania odprawy. Witamy się ze znajomymi i sprawdzamy listy startowe - pierwszy zgrzyt! Jacek i ja mamy jechać w grupie z dziewczynami! Mnie to się nawet podoba, ale Jacek zaczyna się GOTOWAĆ. Przecież jest w ścisłej czołówce PP i nie jest bez szans na zwycięstwo w zawodach. Na szczęście po rozmowie z organizatorem nieporozumienie zostaje wyjaśnione i nasz Szerszeń zostaje przypisany do odpowiedniej grupy startowej.

Dzięki uprzejmości Zenia, który w ostatniej chwili musiał odwołać swój wyjazd (choroba mamy - życzymy szybkiego powrotu do zdrowia), mamy rezerwację na nocleg. Udajemy się więc na spoczynek zaledwie kilka kilometrów od Łobza.

Drugi zgrzyt tego dnia! W naszym pokoju śpi dwóch gości, a my z Jackiem mamy dostawione dwa łóżka. Grześ natomiast musi spać w innym pokoju. To nie wszystko. Okazało się, że w pokoju dwuosobowym może zmieścić się pięć łóżek (sic!), więc w noc po zawodach Grześ może już nocować z nami. Jesteśmy w komplecie (Ciekawe czy TRUBADURZY spali w takim samym zagęszczeniu? Słyszeliśmy jak nad ranem ktoś zgubił perkusję…).

Nocleg wcale nie był tani, ale przyznać trzeba, że oglądanie przez uchylne okno gniazda bocianów było dla nas, mieszczuchów, niebywałą atrakcją. No i mieliśmy blisko na ognisko dla uczestników maratonu.

Najważniejsze są jednak zawody. Zgodnie, o oznaczonym czasie ruszają kolejne grupy zawodników. Nie wiem dlaczego najdłuższe dystanse startują na końcu? Chyba nie wszyscy zdążą na ognisko... Zaskakuje mnie malownicza, pofałdowana trasa, lekkie podjazdy i zjazdy. Gdyby jeszcze nie wiało - nic do szczęścia nie byłoby potrzebne. Nowe asfalty sprzyjały szybkiej jeździe.

Na pierwszej rundzie, przed punktem kontrolnym dogania mnie pociąg liderów. Podciągam się więc nieco i jak zwykle na podjeździe – odpadam. Tym razem z partnerem. Na następną rundę jedziemy razem z Wojtkiem (nr 182) i na 140 km doganiamy Marka i Rysia, który akurat załatał kapcia. Wspólnie mijamy maruderów.

Marek i Rysiu dowiedziawszy się, że z Wojtkiem jedziemy na trzecią rundę ciągną nas od Świdwina. Nie dajemy zmian, odpoczywamy, na punkcie łyk soku - przywilej długodystansowców - jeszcze jeden banan i trzecia setka przed nami. Nie jedziemy sami. Dołącza do nas (a może my do niego) Jacek z Wrocka. Ciągnie po parę kilometrów. Wojtek już nie daje zmian i napomyka, że zaraz odpuści. Dodaję mu otuchy, choć sam jestem mocno wyeksploatowany i bardziej pocieszam siebie, niż jego...

Na podjeździe odjeżdża Jacek, którego próbujemy dogonić na szybszym odcinku. Niestety, Wojtek nie daje rady, a ja doganiam Jacka dopiero w Świdwinie i już razem pokonujemy ostatnie kilometry. Okazuje się, że zamykamy pierwszą dziesiątkę. Jacek – 8. miejsce, ja 9., a Wojtek 10. w open.

Na mecie czeka na mnie JACEK SZERSZEŃ, tylko dość dziwnie wygląda. Poobdzierane łokcie i nogi. Pokazuje mi pęknięty kask, na którym ktoś połamał koło. A rower… Szkoda gadać! Bez klamki, koła w 'ósemkę'… Na szczęście rama i widelec nienaruszone (to pierwszy czarny kot. Drugi taki 'kotek' - w drodze powrotnej... ale to już historia na inną opowieść, prawda, Grzesiu?). Okazuje się, że na 240. km prowadząca 'dziewiątka' miała kraksę i niestety - nasz lider nie był w stanie kontynuować dalszej jazdy. Podobnie jak kilku innych uczestników karambolu.

Puchary zdobywają jak zwykle Marek na 200 km, Jacek na 200 km, a ja byłem bardzo blisko IV miejsca w M4 na 300 km (no, może nawet na 307km).

P.S. Trochę za mały ten nasz Rój w ostatnich maratonach.. Brakuje mi atmosfery 'po'.
P.S.2 Acha! To Jacek mówił, że czarne koty przynoszą pecha… i chyba miał rację...

A.W. (czyli Szerszeń Andrzej)