Dwa czarne koty
czyli Mistrzostwa Polski w maratonach szosowych 'Łobez 2008'
Tradycyjnie piątek
to czas wyjazdu na kolejny maraton. Tym razem w randze Mistrzostw Polski. Więc
Grzesiu, Jacek i piszący te słowa pakujemy manatki, układamy rowery i dzięki uprzejmości
Grzesia z Oleśnicy, wyruszamy do Łobza.
Na miejsce docieramy w trakcie trwania odprawy. Witamy się ze znajomymi i sprawdzamy listy
startowe - pierwszy zgrzyt! Jacek i ja mamy jechać w grupie z dziewczynami! Mnie
to się nawet podoba, ale Jacek zaczyna się GOTOWAĆ. Przecież jest w ścisłej
czołówce PP i nie jest bez szans na zwycięstwo w zawodach. Na szczęście po
rozmowie z organizatorem nieporozumienie zostaje wyjaśnione i nasz Szerszeń
zostaje przypisany do odpowiedniej grupy startowej.
Dzięki uprzejmości Zenia, który w ostatniej chwili musiał
odwołać swój wyjazd (choroba mamy - życzymy szybkiego powrotu do zdrowia), mamy
rezerwację na nocleg. Udajemy się więc na spoczynek zaledwie kilka kilometrów od
Łobza.
Drugi zgrzyt tego dnia! W naszym pokoju śpi dwóch gości, a
my z Jackiem mamy dostawione dwa łóżka. Grześ natomiast musi spać w innym
pokoju. To nie wszystko. Okazało się, że w pokoju dwuosobowym może zmieścić się
pięć łóżek (sic!), więc w noc po zawodach Grześ może już nocować z nami. Jesteśmy w
komplecie (Ciekawe czy TRUBADURZY spali w takim samym zagęszczeniu? Słyszeliśmy
jak nad ranem ktoś zgubił perkusję…).
Nocleg wcale nie był tani, ale przyznać trzeba, że oglądanie
przez uchylne okno gniazda bocianów było dla nas, mieszczuchów, niebywałą atrakcją.
No i mieliśmy blisko na ognisko dla uczestników maratonu.
Najważniejsze są jednak zawody. Zgodnie, o oznaczonym
czasie ruszają kolejne grupy zawodników. Nie wiem dlaczego najdłuższe dystanse
startują na końcu? Chyba nie wszyscy zdążą na ognisko... Zaskakuje mnie
malownicza, pofałdowana trasa, lekkie podjazdy i zjazdy. Gdyby jeszcze nie wiało
- nic do szczęścia nie byłoby potrzebne. Nowe asfalty sprzyjały szybkiej
jeździe.
Na pierwszej rundzie, przed punktem kontrolnym dogania
mnie pociąg liderów. Podciągam się więc nieco i jak zwykle na podjeździe – odpadam.
Tym razem z partnerem. Na następną rundę jedziemy razem z Wojtkiem (nr 182) i
na 140 km
doganiamy Marka i Rysia, który akurat załatał kapcia. Wspólnie mijamy
maruderów.
Marek i Rysiu dowiedziawszy się, że z Wojtkiem jedziemy na
trzecią rundę ciągną nas od Świdwina. Nie dajemy zmian, odpoczywamy, na punkcie
łyk soku - przywilej długodystansowców - jeszcze jeden banan i trzecia setka
przed nami. Nie jedziemy sami. Dołącza do nas (a może my do niego)
Jacek z Wrocka. Ciągnie po parę
kilometrów. Wojtek już nie daje zmian i napomyka, że zaraz odpuści. Dodaję mu
otuchy, choć sam jestem mocno wyeksploatowany i bardziej pocieszam siebie, niż jego...
Na podjeździe odjeżdża Jacek, którego próbujemy dogonić na
szybszym odcinku. Niestety, Wojtek nie daje rady, a ja doganiam Jacka dopiero w
Świdwinie i już razem pokonujemy ostatnie kilometry. Okazuje się, że zamykamy
pierwszą dziesiątkę. Jacek – 8. miejsce, ja 9., a Wojtek 10. w open.
Na mecie czeka na mnie JACEK SZERSZEŃ, tylko dość dziwnie
wygląda. Poobdzierane łokcie i nogi. Pokazuje mi pęknięty kask, na którym ktoś
połamał koło. A rower… Szkoda gadać! Bez klamki, koła w 'ósemkę'… Na szczęście
rama i widelec nienaruszone (to pierwszy czarny kot. Drugi taki 'kotek' - w
drodze powrotnej... ale to już historia na inną opowieść, prawda, Grzesiu?). Okazuje się, że na 240. km prowadząca 'dziewiątka' miała kraksę i
niestety - nasz lider nie był w stanie kontynuować dalszej jazdy. Podobnie jak
kilku innych uczestników karambolu.
Puchary zdobywają jak zwykle Marek na 200 km, Jacek na 200 km, a ja byłem bardzo
blisko IV miejsca w M4 na 300
km (no, może nawet na 307km).
P.S. Trochę za mały ten nasz Rój w ostatnich maratonach..
Brakuje mi atmosfery 'po'.
P.S.2 Acha! To Jacek mówił, że czarne koty przynoszą pecha… i
chyba miał rację...
A.W. (czyli Szerszeń Andrzej)